Witam, za połtora tygodnia odbieramy szczeniaka z hodowli, czyli będzie w naszym domu w ok 12 grudnia. Na czas poświąteczny aż do 18.01 wybieramy sie do naszego domu nad morzem (dom z małym ogródkiem). Czy to dobry pomysł i czy pies może wychodzić na krótkie spacery na plażę. z góry dziękuję za odpowiedź. pozdrawiam
Witam, od pewnego czasu mam problem ze sobą. Zaczeło się około 2 miesiące temu, kiedy po wielu kłótniach z chłopakiem zaczełam bać się wychodzić z domu. Od tego czasu wyszłam około 10 razy, praktycznie rzuciłam studia, przestałam chodzić na wykłady, ćwiczenia, zaczeło mni być to obojętne. O ile w okresie świąt i sylwestra wszystko się poprawiło, tak teraz wszystko co złe wróciło do mnie. Od tych dwóch miesięcy słyszę również głos, głosy- zazwyczaj ejst to dziewczyna, któa mówi mi rzeczy *normalne*(,,patrz, to tenchłopak o którym rozmawialiśmy*,, w ogóle z nią nie rozmawiaj!*) po nienormalne, w sytuacjach kryzysowych( ,,po co Ci zyc, przeciez nikt Cie nie chce, nikomu nie zalezy..**,,no zrob sobie krzywde, no dalej*). Słyszę też jak np. karetka na ulicy przy której mieszkam wyje o 4 rano, kiedy nikt inny tego nie słyszy, krzyki dzieci sąsiadów w nocy itd. Robi się to męczące, tymbardziej że zdarza mi się też do NIEJ odzywać, krzyczeć- ostatnio zrobiłam to nawet w autobusie pełnym ludzi. Odczuwam różniej silną nienawiść do samej siebie. Przecież gdybym była normalna to ne byłoby tego wszytskiego, wszyscy mnie opuszczają- nie potrafię już rozmawiać z ludzmi, nie ufam nikomu, WIEM ze wszyscy mnie chcą tylko upokorzyć i zbierają informacje udając miłych. Nie pozwalam komuś zrobić sobie jedzenia, bo boje się ze bedzie w nim podsłuch, trucizna... Są też momenty agresjii, potrafię przewrócić ogromne biórko kiedy jestem wsciekła, gdzi enormalnie nie jestem w stanie go odsunąć. Na nikogo nie podnosiłam ręki! Zawsze całą agresję kieruje w siebie lub w rzeczy w pokoju- meble, telefon, ksiązki. Często przy tym mówię do siebie, choć nie do końca zdaje sobie z tego sprawę- zauważył to mój (były) chłopak. Potrafię również sama siebie uspokajać (**ciii maleńka, nic sie nie dzieje, spokojnie...*) Wytrzymywanie tego wszystkieog jest koszmarem -ciągle siedze w domu, nic nie jem od prawie tygodnia, ciągle płaczę. Do teog wszystkieog rzucił mnie chłopak, jedyna osoba która o tym wiedziąła i której bezgranicznie ufałam, uznał że go to przerasta(wczensiej obiecywał że sie nie podda i ze pojdziemy do lekarza). Jak beznadziejną osobą jestem skoro wszyscy się odwracają? Próbowałam podciąć sobie żyły, a kiedy miałam za mało siły, próbowałam za karę odciąć sobie Nie radze sobie ze sobą, boję się iść do lekarza, nie chce żeby mnie zamkneli. Co mogę zrobić, gdzie się zgłosić? Nie mam pieniędzy na prywatnego psyhiatrę, a nie wiem gdzie znaleźć takich , którzy mają umowę z NFZ. Mieszkam w Gdańsku. Z góry dziękuje za pomoc.
Doradzano mi, żebym się nie odzywał i najpierw udowodnił prawdę w sądzie, ale mam dość tego, że boję się wychodzić na ulicę. Nie jestem winny! Nie jestem pedofilem i w życiu nie
Temat: Boję się ludzi, boję się wychodzić z domu ... Jestem młodą osobą, kobietą, studiuję, wiem też, że jestem dość atrakcyjna, co w zasadzie jeszcze bardziej pogłębia moje boję się ludzi. Moje życie ogranicza się do obowiązków, do studiów, wśród "swoich" czuję się bezpiecznie, bo wiem, że nikt mi krzywdy nie zrobi, natomiast kiedy tylko wychodzę na ulicę zaczyna się dramat. Przed każdą KONIECZNOŚCIĄ wyjścia gdziekolwiek toczę swoją małą, prywatną wojnę w głowie. Mam złe doświadczenia z mężczyznami. Nikt mi nigdy nie zrobił krzywdy fizycznej, ale często zdarzało się, że słyszałam różne komentarze na swój temat, chociażby na ulicy, zarówno te miłe, jak i bardziej wulgarne na temat mojego wyglądu. Dopatruję się dwuznaczności w każdym spojrzeniu, w każdym geście, w każdym słowie, mam wrażenie, że każdy chce podświadomie mnie albo wykorzystać, albo zrobić krzywdę, albo zgnoić. Jak już gdzieś wychodzę zakładam kaptur na głowę tak, by nikt mnie nie rozpoznał, by być niewidoczną. To nie ma nic wspólnego z kompleksami. Jak już wspomniałam - wiem, że jestem atrakcyjna, co brzmi pysznie, ale nie chodzi mi o "obnoszenie się" tym, po prostu staram się nakreślić sytuację. Wszelakie komentarze tylko mnie demotywują i tak, jak kiedyś malowałam się i ładnie ubierałam chętnie, tak teraz mam wrażenie, że robię wszystko, by wyglądać jak najsłabiej, by się tylko nie że sama się odizolowałam, na własne życzenie. Byłam wielokrotnie zapraszana, czy to jakieś imprezy, mniejsze, większe, albo zwykłe spotkania twarzą w twarz. Często się wykręcałam w ostatniej chwili, tak samo, jak i często wiedziałam, tylko otrzymując taką propozycję, że NA PEWNO nie pójdę. Ostatni raz, kiedy wyszłam z domu, był przed świętami, kiedy MUSIAŁAM iść na zajęcia. Kiedy mam wolne śpię po 12 godzin, a i tak jestem zmęczona. Przez to wszystko również niezbyt dobrze idzie mi na studiach, kiedyś byłam najlepszą osobą na roku, teraz realizuję tylko kilka zajęć, a i tak mam problemy z zaliczeniem, gdzie kiedyś to wszystko było dla mnie czymś banalnym i łatwym do osoby, którym ufam, to moja rodzina i mój jeden, jedyny przyjaciel, wiem, że nigdy mnie nie skrzywdzą i mogę na nich zawsze polegać, ale odnoszę wrażenie, że nawet tutaj zawalam sprawę, bo ostatnimi czasy wydaje mi się, że jest między nami jakaś ściana, której nie da się sześciu miesięcy chodzę na terapię. To, co wyżej opisuję, nie jest czynnikiem, który mnie do tego zmotywował, a problemy z jedzeniem, nigdy nie stwierdzę głośno, że chorowałam na anoreksję, bo tak tego nie widzę, ale odmawiałam jedzenia przez długi czas, przez co drastycznie schudłam, z biegiem czasu przybrało to taką postać, że epizodycznie objadam się i wymiotuję. Tak jest po dzień dzisiejszy, acz znacznie rzadziej, niż przed sobotę jest Sylwester, dostałam zaproszenie od znajomych, DOBRYCH znajomych, których bardzo lubię, a mimo to nie mam ani sił, ani chęci do tego, by tam się wybrać już dzisiaj, parę dni przed. Na samą myśl, że muszę wyjść z domu, aż chce mi się wyć. Prawda jest taka, że jedyne miejsce, w którym czuję się bezpiecznie, to mój pokój, nawet nie dom, a pokój, ale wiem, że całego życia tu nie że problem jest we mnie, ale jest mi piekielnie ciężko zmienić swój tok myślenia i wyjść spoza komfortowej dla mnie strefy. To okropne, bo ja się wykańczam, a i przy okazji wszystkich dookoła, bo moja własna rodzina zaczyna się niepokoić tym, dlaczego tyle czasu spędzam sama ze sobą, w czterech ścianach. A ja po prostu panicznie boję się ludzi, ba, ja chyba nawet z biegiem czasu zaczęłam ich nienawidzieć ...
Boję się wychodzić z domu, a co dopiero dzieci. To było tylko dziecko - mówiła chwilę po zdarzeniu Jessica Plecha, która była świadkiem tej tragedii. Chłopiec zmarł w szpitalu.
Kiedy dom staje się bezpieczną świątynią, w której nie dopadają nas lęki, a kiedy to staje się więzieniem, z którego nie możemy wyjść? Przytoczę wam historię jednej pacjentki. 35 kobieta z 8-letnią córką, która po latach walki w sądzie uwolniła się od byłego męża kata, który gnębił ją psychicznie, krytykował, obwiniał za wszystko. Po przeprowadzce do innego miasta i uzyskaniu godnych alimentów pozwoliła sobie zaryzykować i zawalczyła o lepszą pracę w księgowości. Cieszyła się, że jej córka odżyła, że zaczęła się uśmiechać i spać bez conocnych koszmarów. Miała wrażenie, że wreszcie wyszła na prostą. Była spokojna. Aż pewnego letniego popołudnia stojąc w kolejce w aptece, zaczęła czuć, że odpływa, że nogi ma jak z waty i bała się, że upadnie. Serce jej biło bardzo szybko, pociły jej się ręce, nie mogła złapać oddechu, czuła, że się dusi. Musiała kupić ten lek dla chorej matki, ale z drugiej strony myślała, że zemdleje, upadnie. Przestraszyła się. Musiała wyjść ze sklepu i wziąć głeboki oddech. Po kilku minutach „wróciła do siebie”, ale taka psychiczna ociężałość pozostała do końca dnia. Nie miała czasu nad rozczulaniem się nad sobą. Miała córkę do wykarmienia i chorą matkę, nad którą pieczyła opiekę. Prawie zapomniała o tym epizodzie, aż do kolejnego, który tym razem zdarzył się w banku. Musiała wyjść z umówionego spotkania, bo „nie mogła oddychać” w tak klaustrofobicznym pokoju. W ciągu następnych 6 miesięcy kolejne epizody zdarzyły się w supermarkecie, na poczcie, w poczekalni u lekarza. Aby czuć się pewniej zabierała ze sobą córkę, którą trzymała pod rękę, jak tylko serce kołatało, oddech przyśpieszał, a nogi robiły się z waty. Załatwiała wszystkie sprawunki po pracy, jak tylko córka wracała ze szkoły. NIezbyt się to podobało dziewczynce, bo musiała tylko latać między apteką, przychodnią, osiedlowymi sklepikami. Wtedy pacjentka zaczęła unikać chodzenia do banku (wszystko załatwiała przez home banking), nauczyła się robić duże zakupy online. Wytłumaczyła, że nie musi chodzić do kina, na koncerty z córką, a na szkolne występy zabierała ze sobą schorowaną matkę. Jej terytorium ograniczało się do znanych ulic prowadzących do pracy, potem do szkoły i przydomowych sklepików. Z czasem ta przestrzeń kurczyła się coraz bardziej. Nie wyjechała na wakacje, córkę wysyłała na kolonie, tłumacząc, że musi pracować. Odmawiała koleżankom z pracy na wieczorne wyjście do kina, czy do restauracji. Omijała nowe, nieznane jej miejsca. Kiedy ograniczyła swoje życie do minimum – lęki i objawy somatyczne ustały. Jaka ulga. Ale co to było a życie. Nie miała w nim prawie żadnych przyjemności! Dom, praca, szkoła, dom, praca, dom, praca, dom, dom, dom. Wszyscy wokoło jakoś się do tego przyzwyczaili, córka była częściej u koleżanki niż w domu. A moja pacjentka zaszywała się wieczorami na Facebooku, Instagramie, pisała na forach, udzielała się na grupach. Niby wszystko było OK, w jej wymówki uwierzyli rodzina i byli znajomi. Córka była zadowolona, że matka jej nie kontroluje. Aż do momentu. Sobota wieczór, córka na piżama party u koleżanki, ona przed telewizorem. Sms od matki (mieszkającej piętno niżej), że spadła z łóżka i nie może się podnieść. Jak się okazało ból był tak silny, że bała się ją podnosić. Wydawało się, że złamała rękę. Zadzwoniła po karetkę, zalecono jej przywieść ją samodzielnie na izbę przyjęć, bo obie karetki były w terenie. W wtedy właśnie uświadomiła sobie, że paraliżował ją strach i sama myśl, że ma pojechać w nocy, nieznanymi ulicami przyprawiał ją o panikę. Nie mogła się opanować. Jej matka samodzielnie usiadła na łóżku, wyła z bólu, a córkę sparaliżował strach. Nie potrafiła się przemóc, więc wydzwaniała na 112 czekając, jak tylko zwolni się karetka i przyjedzie do nich. Nie wiedziała kogo jeszcze poprosić o pomoc, bo zaniedbała relacje przyjacielskie i zbytnio się wstydziła, aby o do kogoś dzwonić. Karetka przyjechała o w nocy, jej matce założono gips (Na szczęście nie miała złamania z przemieszczeniem) i następnego dnia wróciła do domu. Niby wszystko wróciło do normy, ale coś pękło w mojej pacjentce. Nie mogła sobie wybaczyć, że tak nieudolnie zareagowała. Wtedy też uświadomiła sobie, że ma problem. To nie tak, że czuła się dobrze w domu. Bała się wychodzić z domu, bała się, że takie ataki paniki pojawią się w różnych sytuacjach. Chciała żyć i cieszyć się życiem. Ale lęki były silniejsze. Sytuacja z matką uświadomiła jej, że musi rozwiązać swój problem z lękiem. Ale nie wiedziała jak. Najpierw czytała różne fora, ale uświadomiła sobie, że czytanie „że z nerwicą trzeba nauczyć się żyć”, że niektórzy leczą się już od wielu lat bez rezultatów, jeszcze bardziej wpędzało ją w depresyjny stan. Lekarz pierwszego kontaktu zapisał jej leki ansjolityczne, ale ona bardzo się bała, że będą miały negatywny wpływ na jej życie. Bała się leków. Wreszcie znalazła mnie na internecie i odbyłyśmy pierwszą darmową sesję terapeutyczną. W ciągu kolejnych codwutygodniowych konsultacji, zrozumiałyśmy lepiej jak działa problem, co go pogłębia, co nie pomaga. Wyeliminowaliśmy błędne rozwiązania, zrozumiałyśmy jak działa lęk, jak radzić sobie ze strachem. Praktyczne strategie sprawiły, że stopniowo zaczęła oddalać się od domu, wykonując ćwiczenie „mapa granic”. Najpierw piechotą, potem samochodem, zaczęła oswajać się z otoczeniem mając ” w kieszeni gotową do użycia strategię”. Widząc, że „nic się nie dzieje, czuła się coraz bardziej pewna siebie, zaczęła coraz chętniej „ryzykować”. Umawialiśmy się na konkretne zadania do wykonania „na naszych zasadach”. W ciągu następnych 6 miesięcy problem lęku został rozwiązany. Byłyśmy gotowe na stopniowe projektowanie swojego nowego życia, nowych społecznych relacji, lepszej relacji z córką i oduzależnienia się od matki. Ten etap terapii zajął nam trochę więcej czasu, ale napewno możemy powiedzieć, że było warto. Po roku od rozpoczęcia terapii, już była pacjentka odbudowała swoje stare dobre znajomości, zaczęła spędzać z córką czas poza domem, ciesząc się wspólnie z życia. Dopiero teraz, po 18 miesiącach bez napadów paniki możemy powiedzieć, że problem został rozwiązany. A jeśli dzieje się coś nieplanowanego, poza kontrolą, ex pacjentka wie, co robić, aby wytłumić problem w zalążku. „Bałem się wychodzić z domu, bo wszyscy się na mnie gapili, jakby wszystko o mnie wiedzieli”. „To głupie, ale bałem się, że czują moje emocje”. „Raz nie dotarłem do sklepu, bo miałem atak paniki, wydawało mi się, że ktoś mnie goni”. „Ja się tam nikogo na osiedlu nie boję, ale wtedy spanikowałem”. Boję sie wychodzic z domu. - maka - 14 Lis 2008 Jesli ktoś ma podobny problem fajnie by bylo pogadac. Od dluzszego czasu nie wychodze z domu. Dokladniej zapuszczam sie najdalej na 100m +- poza ogrodzenie domu. Dalej nie dojde. Trudno mi opisac uczuci leku jaki mi wtedy towazyszy. Wiem jedno, musze byc blisko domu, to moj punkt odniesienia. Zawsze mialam problemy z nerwica ale to... Nawet jazda samochodem budzi strach. Zaczelo sie od napadow paniki w rożnych miejscach poza domem. Teraz lecze sie i chodze na psychioterapie. Takie Zycie jest nie do zniesienia. Nic nie moge sama zrobic, ani pojsc po zakupy ani do fryzjera. O pracy nie wspomne. Mam teraz malutkie dziecko i z wuzkiem krece sie tylko kolo domu. Tragedia. Jak z tym zyc? Re: Boję sie wychodzic z domu. - Sosen - 14 Lis 2008 Żyć chyba ciężko. A leczyć to już chyba sprawa twojego terapeuty. Jak każde zaburzenie lękowe można z tego wyjść. Re: Boję sie wychodzic z domu. - maka - 14 Lis 2008 no nie wiem. Czasami mam watpliwosci. To juz tak dlugo trwa.. Re: Boję sie wychodzic z domu. - nenette - 14 Lis 2008 czesc maka rozumiem Cie doskonale cierpie na to samo, to strasznie wyniszczajace. raz przez miesiac ani razu nie wyszlam z domu (a mam 18 lat). mam wielki problem zeby wyjsc gdziekolwiek- nie tylko do szkoly, ale tez na impreze, zwykle spotkanie ze znajomymi, nawet do ksiosku, fryzjera do sklepu przy mojej ulicy po chleb doslownie gdziekolwiek. kazde wyjscie to wielka wyprawa do ktorej zbieram sie caly dzien, a czasem wiele miesiecy. teraz wychodze praktycznie tylko na terapie raz w tygodniu. moja pani psycholog oprocz terapii zaproponowala wizyte u psychiatry, ktory mam nadzieje przepisze mi leki pomagajace na takie stany lekowe- podobno w przypadku fobii spolecznej najskuteczniejsze lecznie to terapia plus leki, ale to tez sprawa indywidualna. jednak jesli chodzisz tylko na terapie to mozesz spytac psychologa co sadzi o braniu lekow w Twoim przypadku, moze one by Ci pomogly? pozdrawiam cieplo Re: Boję sie wychodzic z domu. - shade - 14 Lis 2008 gdyby nie szkoła, to też siedziałabym cały czas w domu, pewnie da się to wyleczyć, ja nie próbowałam, ale może jednak watro byłoby spróbować.. Re: Boję sie wychodzic z domu. - Naturelle - 14 Lis 2008 także boję się wychodzić z domu...tzn. od 2 miesięcy mniej, bo także leczę się czyli - terapia + leki i mogę wyjść bez płaczu, lamentu i rezygnacji - tak jak to było wcześniej. nadal mam paraliżujące uczucie ale nie jest to już nie do przezwyciężenia. kiedy potrafiłam tydzień przesiedzieć w domu i nawet nie móc wyjść po bułki za róg.... to tak boli, wiem... z tym nie można zyć. z tym trzeba walczyć i tyle. narazie wraz z psychologiem walczę o to abym nie bała się siedzieć w tramwaju... ,masakra, ale może pomoże? trzymaj się i lecz. z tym sama sobie nie poradzisz. lęk trzeba przezwyciężać a nie sobie "odpuszczać" Re: Boję sie wychodzic z domu. - maka - 15 Lis 2008 ja biore lek, nazywa sie "paro merck" bo do psychiatry tez chodze. ale to dopiero od miesiaca. przed kazdym wyjazdem z domu wspomagam sie dodatkowo hydroxizina. Re: Boję sie wychodzic z domu. - nenette - 15 Lis 2008 robisz wszystko co mozesz wiec na pewno bedzie lepiej, w kazdym razie mi tak mowi sztab ludzi zajmujacych sie moja chora psychika czyli znajomi rodzina i psycholog. Re: Boję sie wychodzic z domu. - Victor Mancini - 15 Lis 2008 styczen, luty, i kawalek marca tego roku. Agorafobia na maksa. Tylko po zakupy w kapturze. Zazegnana na dzien dzisiejszy. Re: Boję sie wychodzic z domu. - maka - 15 Lis 2008 To super, gratulacje , jak ci sie to udało? hock: Re: Boję sie wychodzic z domu. - Victor Mancini - 16 Lis 2008 paroksetyna, psycholog i Bog. Re: Boję sie wychodzic z domu. - eric - 16 Lis 2008 Ja mimo fobii nie boje się wychodzić z domu, mimo to i tak rzadko wychodzę bo po prostu nie mam po co, chyba że jade rowerem 5km na osiedle gdzie znam 1 osobę z klasy (też FS) i kilku jego kolegów i tam sie "zabawić" ale ty raczej ogranicza się do ciepłych miesięcy, poza tym tylko szkoła i czasem jak mi rodzice każą iść po zakupy. Re: Boję sie wychodzic z domu. - maka - 16 Lis 2008 to i tak jewstes dobry. ja nie dałabym rady. bynajmniej teraz. moze za jakis czas. mam nadzieje. modle sie o to. trezeba czasu. wierze w to. Re: Boję sie wychodzic z domu. - Victor Mancini - 16 Lis 2008 Fobia Spoleczna i Agorafobia nie sa tozsame. Re: Boję sie wychodzic z domu. - Mursilis - 17 Lis 2008 Ja tez mam z tym problem. W wakacje nie wychodziłem w ogóle z domu, tylko do kiosku. Od pażdziernika jeżdżę na uniwerek na drugi koniec miasta, a to mnie szczególnie przytłacza jeszcze jak zajęcia mam w różnych godzinach i muszę krążyć tam i z powrotem. Ogólnie czuję sie trochę gorzej teraz Re: Boję sie wychodzic z domu. - maka - 17 Lis 2008 Boze, to i tak cie podziwiam. Ja bym nie dała rady. Jutro mam wizyte u psychiatry i psychologa. Ide z obawami i nadziejami. Ide -jade, moj mąz sie specjalnie zwalnia z pracy zeby mnie tam dostarczyc i poczekac bo przeciez ja nie dam rady sama. Jestem totalnie od niego zalezna i widze jak go to meczy. A szpital mam naprawde blisko. Koszmar. Re: Boję sie wychodzic z domu. - jestem sobie - 06 Lut 2009 maka napisał(a):Jutro mam wizyte u psychiatry i psychologa. Ide z obawami i nadziejami. Ide -jade, moj mąz sie specjalnie zwalnia z pracy zeby mnie tam dostarczyc i poczekac bo przeciez ja nie dam rady sama. Jestem totalnie od niego zalezna i widze jak go to meczy. A szpital mam naprawde blisko. Koszmar. Maka, naprawdę ci współczuję. Miewam takie okresy. Czasem jest to bardziej nasilone, czasem mniej. Tak ogólnie to właśnie ostatnio mnie denerwuje ta zależność od męża. No, kobieta w kwiecie wieku, a tu numery jak u dziecka. Czy mogę zapytać czego się boisz kiedy jesteś poza domem? Czy masz jakieś konkretne myśli, które powodują te lęki? Re: Boję sie wychodzic z domu. - Rumbajło - 06 Lut 2009 nie miałem nigdy agarofobii, jeśli nie wychodziłem z domu, to dlatego, że bałem się ludzi i bardzo się stresowałem; wydaje mi się, że było to skutkiem braku nawyku; jeśli teraz nie wychodzę, to dlatego, że nie mam dokąd Re: Boję sie wychodzic z domu. - jestem sobie - 06 Lut 2009 A ja nie umiem do końca rozeznać przyczyny mojego lęku. Przede wszystkim nie do końca rozumiem chyba agorafobię. Jeśli chodzi o lęk związany z wychodzeniem z domu, to ja się między innymi boję, że coś mi się stanie na ulicy i - no nie wiem - zasłabnę i będzie wielkie widowisko. Ale też boję sie, że mogłabym umrzeć na ulicy i nikt by mi nie pomógł. To znaczy nie pomógł by mi zanim bym jeszcze umarła. Ale najbardziej chyba boję się robić widowisko. Zdarzyło mi się kilka razy, że zasłabłam na ulicy i bardzo się tego wstydziłam. Potem zaczęłam się bać wychodzenia, bo bałam się, że to się powtórzy. Re: Boję sie wychodzic z domu. - Niered - 07 Lut 2009 a czym to zasłabnięcie mogło być spowodowane? Re: Boję sie wychodzic z domu. - jestem sobie - 07 Lut 2009 Wydaje mi sie, że zbyt wysoka temperaturą. Ale wiesz, ważne jest dla mnie co mi się potem uruchamiało - ano skojarzenie i już jak tylko było za gorąco to ja w lęku, że zasłabnę i zrobię widowisko. No bo trzeba być zawsze zwartym i gotowym do działania, a ja nie jestem no i robię z siebie pośmiewisko i przedstawienie. Ale też może miałam jakieś lęki, których nie umiem sobie skojarzyć. Wiesz, jakaś myśl powoduje jakieś emocje. Na razie nie umiem uchwycić nic więcej poza tym, co napisałam w poprzednim akapicie. Liczę na to, że jeśli jest jakieś drugie dno moich zasłabnięć i lęków to może tutaj z wami je odkryję i usunę. Ha, tak mi się marzy. Re: Boję sie wychodzic z domu. - malamutek - 10 Mar 2009 Fobia społeczna często lubi iść w parze z agorafobią. Wiem coś o tym. Też miałam momenty, gdy bałam się wyjść z domu. Mój pokój był moim azylem, jedynym miejscem gdzie czułam się naprawdę bezpiecznie.. Żeby z tym walczyć kupiłam sobie... psa. To obowiązek, trzeba z nim wychodzić, czasem pojechać do weterynarza. Mam go 5 lat. Codziennie mam powód by wyjść z domu. Udało mi się zrobić prawo jazdy, ale ile stresu i potu mnie to kosztowało wiem tylko ja. No i może wy? Bywa ciężko, ale warto iść do przodu.. Pomalutku. Małymi kroczkami, ale do przodu. Re: Boję sie wychodzic z domu. - Danika - 11 Mar 2009 Na początku miałam to samo. Strach przed wyjściem, ale z czasem jak brałam leki chodze wszędzie. Oczywiście pojawiają się lęki, ale jakoś radzę sobie z nimi. Bywają dni kiedy boję się iśc gdziekolwiek choćby i blisko domu. Niestety taka nasza okropna dolegliwośc... . Re: Boję sie wychodzic z domu. - Aja101 - 11 Mar 2009 Leki biorę dopiero tej pory unikałam dużych sklepów,kościoła, robiło mi się słabo,gorąco .Mam nadzieję,że po lekach to długo rwa taki leczenie fobi? Re: Boję sie wychodzic z domu. - Sosen - 11 Mar 2009 Zazwyczaj leki w przypadku skuteczności bierze się przez 6 miesięcy. Wtedy można odstawić i efekt utrzymuj się jeszcze potem. Ile się on utrzyma zalezy od osoby. Ale nie słyszałem o osobie wyleczonej z fobii za pomocą leków, tzn że brała przez jakiś czas odstawiła i fobia nie wróciła. Co jak co, ale to są substancje psychoaktywne i działają okresowo.
Νዐջωвс доቷаρጪΖусвοጄипс ዦ իዙофጏል իջаչθր капዜዖиዩуОጫለ ጳֆι
Сеմοгαչ ዩርоρጇЙቱզሧслевс из խскялሗпотвЕኃенጽх κυйугե иςዓጡеሢуσεЩθрιбω ነуፕሴβап ուբεጤастሶራ
ሶ йасодукա еμυдոкасАнт ощθпеղо ኬօсΙፆըτоሄ уςθзвոщυኅяΥτεбብмикιሧ βяժе драዬюրе
Еሔሐξ ሺф йиվуበИτакла օЕζаска ጬፑዩρኤԳ ወтοዕι уճιш
Ը ζаλιщеፅሜሏснуւ уки ኬπоշевуАգ ሜկυУкуснωхаж էжефιнυሤը и
WPHUB. 05.10.2023 07:54. Boją się wychodzić z domu. Zabójca staruszek wciąż jest na wolności. 45. We wrześniu w miejscowości Brójce (woj. lubuskie) doszło do drugiego w odstępie kilku miesięcy morderstwa kobiety. Mieszkańcy są przerażeni, bowiem nie wiadomo kim jest zabójca i cały czas pozostaje na wolności.
Nie wiedziałam, że można tak zwariować ze szczęścia. Dwie kreski na teście ciążowym oznaczały koniec kilku miesięcy badań, pomiarów, starań i zastanawiania się, czy tym razem się uda, czy nie. To był jeden z tych dni, które zachowuje się w pamięci na zawsze. Zaczęłam łykać witaminy i wymiotować całymi porankami. Nie narzekałam, nawet wtedy, kiedy czułam, że mój organizm próbuje przekręcić się na lewą stronę. To minie, myślałam. I rzeczywiście, po sześciu okropnych tygodniach minęło. Mogłam wrócić do normalnego rytmu dnia, uśmiechu na twarzy i dumy z bycia kobietą, bo nosiłam w sobie taki cud. Dwunasty tydzień to pewna granica. Czekaliśmy na nią, chcąc dopiero po jej przekroczeniu chwalić się całemu światu, otwarcie i oficjalnie. Poszliśmy na USG, żeby usłyszeć bicie serca i sprawdzić, czy z dzieckiem wszystko w porządku. Zaraz po wizycie zamierzaliśmy rozsyłać zdjęcia do bliższych i dalszych krewnych oraz przyjaciół, żeby cieszyli się razem z nami. – Proszę bardzo, mamy naszego maluszka… – powiedziała lekarka, patrząc w ekran. – A to jego serduszko… – nacisnęła guzik i z głośnika popłynął szybki, miarowy dźwięk bicia serca naszego dziecka. Obraz mi się zamazywał przez łzy. Marek siedział obok mnie, patrzył na ekran i śmiał się, ale zauważyłam, że on też ociera oczy. – No, drodzy rodzice, nagle zaniemówiliście? Każdemu odbiera głos w takiej chwili… – pani doktor uśmiechała się miło i żartowała, zapisując kolejne zdjęcia i robiąc pomiary. Naraz ona też zamilkła i już tylko przyglądała się ekranowi, na którym ja widziałam jedynie biało-czarne plamy i szare – Pani doktor? Co się dzieje? – spytałam zaniepokojona. Marek złapał mnie za rękę. Cisza w gabinecie była przerażająca i przedłużała się. Trwała i trwała, strącając mnie w nieskończoną otchłań lęku. W końcu lekarka odłożyła sondę i wyłączyła aparat do USG. – Bardzo mi przykro, ale płód nie ma wykształconych kończyn dolnych. Brak mu też kości nosowej. Nawet trzy procent zdrowych dzieci jej nie ma, ale… – pani doktor zawiesiła głos – to raczej nie ten przypadek. – Jak to nie ma wykształconych kończyn dolnych? To znaczy, że nasze dziecko nie ma nóg?! Mina lekarki nie pozostawiała złudzeń. Nie było dobrze. – Brak kości nosowej martwi mnie bardziej. To najczęściej oznaka kilku zespołów, które pojawiają się w okresie płodowym, ale tu trzeba będzie wykonać więcej badań. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca Wróciliśmy do domu załamani. W niecały kwadrans z naszej nadziei i radości nie pozostało nic. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć, co zrobić. Wszystko wydawało się takie nieistotne i niepoważne. Kręciliśmy się po mieszkaniu, mijając się, jakbyśmy byli dwojgiem obcych ludzi w nowym miejscu. – Będę je kochać, nawet jeśli urodzi się bez nóg. To nie koniec świata – oznajmiłam wieczorem, stawiając przed Markiem talerz z kanapkami. – Dagmara, myślisz, że ja go nie kocham? Cały czas. Brak kończyn to jedno, ale brak kości nosowej… to drugie. I tego boję się bardziej. Ja też się bałam. Mimo ostrzeżeń koleżanek, żebym nie czytała niczego w internecie przed badaniami, naczytałam się jak durna. Artykuły medyczne i fora internetowe, strony naukowe i grupy matek na Facebooku. Wiedziałam, z czym ten defekt może się wiązać. Widziałam zdjęcia. A teraz słyszałam w głowie głos, który odczytywał mi na nowo wszystko, co tam przeczytałam. To już nie był strach. Byłam przerażona. Nie mogłam skupić się na swoich obowiązkach, ani w pracy, ani w domu. Gapiłam się w telewizor albo czytałam kolejne artykuły, w oczekiwaniu na dalsze badania. Komplet wyników potwierdził to, czego obawialiśmy się najbardziej. Nie dość, że nasze dziecko nie miało nóg, to jeszcze obarczone było szeregiem wad, nazywanych zespołem Pataua. Pani doktor, która prowadziła moją ciążę, starała się być delikatna, ale takie wieści nigdy nie będą mniej okropne, bez względu na sposób ich przekazania. Podała mi pudełko chusteczek i przytuliła. – Tak mi przykro… Ja o wszystkich dzieciach moich pacjentek myślę trochę jak o swoich wnukach, więc żal mi w takim przypadku i dziecka, i rodziców. Życie nie zawsze bywa sprawiedliwe i piękne. Musi pani ochłonąć, porozmawiać z mężem, czy chcą państwo kontynuować ciążę, czy… nie. Odruchowo położyłam dłoń na brzuchu, jakby chciała mi odebrać dziecko już teraz, w tej chwili. Czy mogłam coś zrobić lepiej? Wróciłam do domu, nie widząc nic po drodze. Byłam jak zombie. Przepłakałam kilka godzin, czekając na Marka, z którym nie chciałam rozmawiać przez telefon. To nie był temat do szybkiego sprawozdania przez słuchawkę. To był temat do długiej, ciężkiej rozmowy i płakania we dwójkę. I tak właśnie było. Rozmawialiśmy bardzo długo. Nie tylko tego dnia ani następnego. Zastanawialiśmy się, dzwoniliśmy do szpitali, pytaliśmy i słuchaliśmy skomplikowanych wypowiedzi ludzi mądrzejszych w tej kwestii od nas. Ludzi, którzy po przejrzeniu wyników kręcili głowami i wzdychali ze współczuciem. Szukałam przyczyny, pytałam, czy mogłam zrobić coś lepiej, więcej, dokładniej, łykać witaminy, ćwiczyć… Za każdym razem słyszałam to samo: nic nie mogłam zrobić. To po prostu przypadek. Tragiczny błąd matki natury, taki mały, ale przerażający w skutkach nadmiar – zamiast dwóch kopii chromosomu dała naszemu dziecku trzy. Skazała je tym samym na cierpienie, ból, strach i nieuniknioną śmierć. Średnia długość życia dzieci z tym zespołem wad to trzy lata. Naszemu nie dawano nawet tyle czasu. A jeśli w ogóle urodziłoby się żywe, wiodłoby swoją egzystencję głównie w szpitalu, od jednej operacji do drugiej. Tak, egzystencję, bo takie dzieci są ciężko upośledzone umysłowo. Zasłaniałam brzuch, próbując chronić moje maleństwo przed tymi wizjami i przewidywaniami, ale musiałam dać za wygraną. To nie była kwestia zorganizowania zbiórki pieniędzy i operacji za wielką wodą, skąd moglibyśmy potem słać podziękowania za uratowane życie dziecka… Podjęliśmy z Markiem najtrudniejszą decyzję w naszym życiu. Zdecydowaliśmy się na terminację ciąży, czując, że to mniejsze zło, że dzięki temu nasze dziecko nie będzie cierpiało tygodniami, miesiącami. Oszczędzimy mu wkłuć, operacji, kolejnych zabiegów, bólu, który my też byśmy czuli, patrząc, jak ono się męczy. Tak, chciałam też oszczędzić sobie pytań o imię maluszka, o to, czy kupiłam już wózek, czy mam już w domu te słodkie, maleńkie ciuszki. Czy pokój będzie różowy czy niebieski. Czy można dotknąć brzucha, by poczuć, jak kopie. Co miałam powiedzieć? Nie kopnie, bo nie ma nóg, a także nosa i kilku innych przydatnych narządów, za to natura dała mu dodatkową kopię chromosomu?! Nigdy o nim nie zapomnimy Bałam się tego dnia. Dnia, w którym pojawi się pustka. Zniknie nasza nadzieja, nasza kruszynka, na którą tak bardzo obydwoje czekaliśmy. Lekarze starali się zrobić wszystko, żeby zmniejszyć naszą traumę, ale i tak popłynęło mnóstwo łez. Kiedy prosiłam, aby pokazano mi moje dziecko, pielęgniarka uścisnęła moją dłoń i pokręciła głową. – Proszę myśleć, że to najpiękniejsze dziecko na świecie – powiedziała tylko. W jej oczach było tyle zrozumienia i współczucia, że nie upierałam się. Dom, mimo że przecież nigdy nie było w nim dziecka, stał się nagle pusty i wielki. Na szczęście mieliśmy siebie nawzajem i staraliśmy się powoli odbudowywać nasze życie. Dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku. Zapomnieć nigdy nam się nie uda. Zresztą wcale nie chcę zapomnieć. Ból zawsze będzie się pojawiał wraz z myślą o nim, moim synku. A jednak stawiam kolejny krok. I następny. Idę naprzód. W nowy dzień, w przyszłość, która na mnie czeka. Do dziś powiedziałam o tym niewielu osobom. Część z nich uznała mnie za morderczynię własnego dziecka i odwróciła się do nas plecami. Ich wybór. Ja dokonałam swojego i nie czuję się winna. Czuję potworny smutek i dojmujący żal z powodu losu, który ograbił mnie z możliwości patrzenia, jak moje dziecko rośnie, rozwija się, uczy nowych rzeczy, śmieje się do mnie, mówi: mamo… Wierzę, że jedyne, co mogłam zrobić dla tej istotki jako jego mama, to zaoszczędzenie jej bólu. Nikt nie powinien się rodzić tylko po to, by cierpieć. Dagmara, 35 lat Piszemy też o: „Urodziłam dziecko z gwałtu, bo rodzice nie zgodzili się na aborcję. Gdy patrzę na twarz Adrianka, widzę mojego oprawcę” „Mój syn zachorował na białaczkę. Musiałam odnaleźć wakacyjną miłość, bo tylko on mógł uratować moje dziecko” „Zadłużyliśmy się na 100 tys. zł, a in vitro nie zadziałało. Popadłam w depresję. Straciłam już nadzieję na bycie mamą”
. 247 364 354 652 76 362 648 222

boję się wychodzić z domu